czwartek, 11 listopada 2010

Chiri in Poland!!

Do you know that Chiri visited me last weekend? :)
We met in Warszawa. Unfortunately becouse of weather and unknowing city I couldn't show him the capitol. Insead of that we arrived earlier to Gdańsk, so we had more time to do sth here :). At first we went on ice rink to have fun tring skating. After almost one hour Chiri was able to cover some distance without falling down :)
Then we went on party with my friends.

The next day we spent outside. Me and Justyna showed him part of old Gdańsk. It took us almost half a day.
After polish dinner we went to Sopot with Dawid. Unfortunately it starts to
be dark right now very early, so I have no good photos from this trip.
On Monday I had to wake up early becouse of lecture which started at 7.30. At 10 we had train from Gdańsk to Malbork. Weather was soooo baaad. It was raining for all day :(
We were in the biggest Teutonic castel in the world!! but on every Monday museums in whole Poland are closed - so we just visited small part of it.
Malbork is nearby my family town - Sztum, so my mum prepared dinner for us :) Real pork chop :)
It was last day of Chiris visit.... He came back first to Warszawa (alone) and after that to Madrit...

niedziela, 17 października 2010

Polish Autumn



When I was in Peru one little peruvian girl told me that she has never seen real autumn. Becouse they have only palm trees :). Ok maybe not only, but mostly.
So I decided that I will show her some golden trees.
Becouse of that I was in The Oliwski Park today (in Gdańsk). This park is really special. I found many beautiful colorfull places, but in comparing to Park in my family town, Sztum it was nothing :P
Do you remember this town with big prison and two cementaries? :) The autumn there is more colorfull than in Gdańsk.
Ok, now some photosI can add that we have temperature here around 8 degrees during the day, so I miss peruvian sun! Actually piuran sun :)
I miss especially my friendsssss!!!!!!!!!!
Kisses :):):)

wtorek, 21 września 2010

No i skończyło się!!

Jestem w domu!! Mam jednak trochę jeszcze do opowiedzenia.
Po wyjeździe z Piury zawitałam do Limy. Cały czas spędziłam z Davy. Pierwszego dnia mimo nocy spędzonej w autobusie byłam pełna energii - chyba już do tego przywykłam. Nawet całodzienny spacer mnie nie zmęczył. Wieczorem spotkaliśmy się z Fernando.
Drugi dzień zaczął się od wizyty w ZOO. Jest ono naprawdę ogromne. Składa się z 3 części. W pierwszej znajdują się zwierzęta które można spotkać w górach, w drugiej z dżungli, a w trzeciej standardowe zwierzęta z całego świata, które spotyka się w każdym ZOO. To było męczące.
Plaża w Limie.Wieczorem spotkaliśmy się z Fernando. Poszliśmy na siłownię, do której kiedyś chodził.
Głównie po to żeby zobaczyć lekcje tańca. Gdy tam weszliśmy zaczęliśmy z Davy udawać, że jesteśmy zainteresowani zapisaniem się na siłownię. Zostaliśmy oprowadzeni po wszystkich zakamarkach, a na koniec dostaliśmy trzy darmowe dni. Ja aż trzech dni nie miałam... ale jeden jak najbardziej :).
Następnego dnia z samego rana poszliśmy na super wyczerpujące zajęcia na rowerkach - ekstra :)
Później już tylko prysznic, domknięcie walizki... i na lotnisko... i tak rozpoczęła się moja najgorsza podróż w życiu...
Wszystko było super do Amsterdamu. Swoją drogą świetny widok, gdy wlatuje się z nocy w dzień! W Amsterdamie okazało się, że samolot do Londynu opóźniony jest pół godziny. Na przesiadkę w Londynie miałam tylko 1,5h...teraz już 1h. Wiedziałam już, że będzie to trudne... miałam ciągle nadzieję.
W Londynie strasznie długo czekałam na walizkę... która oczywiście przy pierwszym szarpnięciu się rozwaliła - znowu. Musiałam zmienić terminal - najpierw jeden pociąg, później drugi - i tu co zły... kapnęłam się jak pociąg wyjechał z tunelu. Nie kojarzyło mi się żeby tak było jak jechałam w tamtą stronę... znalazłam się gdzieś w Londynie. I wtedy już było wszystko stracone... Samolot odleciał - niestety beze mnie. Wróciłam na terminal - nic nie mogłam zrobić - bilety były kupowane osobno w różnych liniach... więc nie zostało mi nic innego jak spędzić noc na lotnisko i rano kupić nowy bilet... - nikomu nie życzę takiej podróży!
Jeszcze dorzucam trochę zdjęć z moich imprez i spotkań pożegnalnych w Piurze - a trochę ich było:)

I na koniec jeszcze mapka z zaznaczonymi miejscami gdzie byłam. Jeszcze trochę do zobaczenia mi zostało, więc mam po co wracać :)
No bo przecież przyjechałam żeby odwiedzić rodziców :P
To by było na tyle!

środa, 8 września 2010

Praktyka 2 miesiące później

Chyba przyszła pora, żeby napisać coś więcej o mojej praktyce, bo głównie o nią tutaj chodzi :P
No więc, wygląda to tak, że hodujemy mikroalgi, teraz już w bioreaktorach. Później je odfiltrowujemy. Następnie trzeba je wyskrobać, rozsmarować i włożyć do piekarnika. Pieką się kilkanaście godzin w temperaturze 50 st. C. Później trzeba je zeskrobać, zważyć i przygotować do ekstrakcji metodą Soxhleta. Następnie za pomocą wyparki próżniowej oddzielany jest heksan od oleju, o którego tutaj chodzi.
No to dostaliście przepis na olej z mikroalg :)
A to cała mikroalgowa ekipa
A co do zdjęć to niektóre były robione przez dziennikarzy, bo niedługo będziemy w gazecie, ale chyba już tego nie doczekam... bo zbliża się czas powrotu!!
W niedzielę żegnam się z Piurą i jadę do Limy. Posiedzę tam dwa i pół dnia i w środę mam samolot. Droga powrotna równie skomplikowana jak do Peru...

niedziela, 5 września 2010

Walka kogutów i Toro match

Wczoraj odbył się międzywydziałowy toro match. Było o nim głośno już dużo wcześniej, więc musiałam kupić bilet.
Jest to zabawa z bykiem złożona z różnych konkurencji, m.in. nałożenie kółek bykowi na rogi albo powalenie go na ziemię. Żeby nie było, byk był raczej młody i nie bardzo groźny, ale momentami i tak wyglądało to nieźle... nie chciałabym być nadziana jak co poniektórzy :P
Były reprezentacje 4 wydziałów. Nie wiem jak wybrali najlepszą drużynę, bo raczej wszystkie w pełni wykonały zadania. Wygrała jednak reprezentacja inżynierii.
Niespodziewanie okazało się, że zaraz obok odbywają się walki kogutów. Jest to popularna dyscyplina w Peru. Chciałam zobaczyć z ciekawości ale po pierwszej walce zrezygnowałam. Istna masakra! Koguty nawalały się, aż któryś nie padł i to ledwo żywy. Żeby było ciekawiej, na tyle nóg miały specjalne kolce, żeby bardziej się pocharatać. Brrrrrr
Właściciel zwycięskiego koguta zgarniał kase, bo oczywiście nie obyło się bez zakładów.