wtorek, 10 sierpnia 2010

Cel 2: W stolicy imprerium Inków - Cusco

Tak jak napomknęłam wcześniej w środę dzień rozpoczął się o 5.30. Nie byłam wtedy świadoma, że podczas mojej wyprawy będę musiała przyzwyczaić się do wczesnego wstawania...
O 6 rano do drzwi domu Majo zadzwonił taksówkarz. Droga na lotnisko trwała około 50 min. Jak to na lotnisku... oddanie bagażu, czekanie, odprawa, znów czekanie... czekanie... aż w końcu przed 10 zaraz przed wylotem spotkałam się z Arianną, dziewczyną z Hiszpani, o której wspominałam.
Gdybym wybrała się z Limy do Cusco autobusem, zajęłoby mi to ponad 20 godzin... dlatego zdecydowałam się na droższy, niestety, samolot. Trasa zajęła 1h 20 min.
Na głównym placu, zaraz przy katedrze, spotkałyśmy się z resztą ekipy: Naomi (z Francji, która towarzyszyła mi też w późniejszej trasie), Davy (z Limy), Ivan (z Limy), Bianca (ze Szwajcarii). No niestety tylko ja z nich nie mówię po hiszpańsku, ale na szczęście są też inne języki:)

Po zameldowaniu się w hostelu (nie najwyższej klasy - wszyscy razem spaliśmy w jednym pokoju, ale za to było cieplej :P) wybraliśmy się zdobywać pozostałości po Inkach w tym rejonie, a mianowicie: Saqsayhuaman, Q'engo, Pukapukara, Trambomachay. Widoki przecudne.
Oprócz ruin, w każdym z tych miejsc można spotkać kobiety ubrane w tradycyjne stroje z alpakami, satrające się sprzedać to co wcześniej wydziergały.
Widok na Cusco z góry.
Spytałyśmy oczywiście czy możemy zrobić sobie zdjęcie i ile to kosztuje... panie odpowiedziały, że co łaska... po czym gdy dostały po pół sola, stwierdziły, że to za mało... heh

Tak jak wspomniałam w tytule Cusco było niegdyś stolicą imperium Inków, zdobytą przez Hiszpanów, którzy na miejscu ich budowli stawiali swoje kościoły...
Znajduje się tam również na wzniesieniu statua Jezusa.
Cusco jest miastem położonym na wysokości 3326 m n.p.m. Wiele osób straszyło mnie bólem głowy, który mógł mnie dopaść zaraz po wylądowaniu. Pomylili się tylko trochę - ból głowy przyszedł wieczorem i nie minął do następnego dnia.
Cusco nocą... jest raczej zimne... a nawet bardzo. Przyzwyczajona już do klimatu Piury, gdzie jest przez cały rok gorąco, trochę zmarzłam :)
Rano wstaliśmy oczywiście wcześnie, gdyż tego dnia wybieraliśmy się w dalszą podróż, a mianowicie do Aguas Calientes - małego miasteczka położonego u stóp Machu Picchu... ale o tym w następnym poście.
Śniadanie zjedliśmy w markecie, który wygląda nieco inaczej niż u nas :)
Babiczki stoją na podwyższeniu, starając się zagarnąć klientów proponując świeże koktajle, sałatki i takie tam. Można też oczywiście kupić owoce, napoje, mięso...

3 komentarze:

  1. Pewnie przy tych paniach poczułaś się jak wielkolud...?

    Napisz czasem jak Ci smakuje to co jadasz. Owoce wyglądają niesamowicie apetycznie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. no niezłe lachony w tych sombrereos! ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. hej, coś blado wyglądasz. gdzie ten brąz? :)

    OdpowiedzUsuń