poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Cel 4: Arequipa - w białym mieście

No i w środku nocy trafiłam do Arequipy. Rano miał odebrać mnie z dworca kuzyn Majo - Diego, jednak, że byłam kilka godzin przed umówioną godziną, czekało mnie spanie zgięta w pół z głową na walizce. Jak dobrze mieć znajomych, którzy mają znajomych i rodziny w innych miastach! :). Diego przywitał mnie słowami: witaj w najpiękniejszym mieście Peru. Od razu zrobiło mi się lepiej! Ludzie, którzy tu mieszkają są bardzo z tego dumni.
I tak trafiłam po ok 10 dniach spania w najtańszych hostelach do super chaty z ciepłą wodą bez ograniczeń! Pierwsze co, to oczywiście skorzystałam z prysznica... nie powiem po ilu dniach przerwy hehe. Ogarnęłam się i wyruszyłam na miasto z Diego i Jose - drugim kuzynem Majo, w którego domu się zatrzymałam. Od razu rzuca się w oczy różnica w architekturze między Arequipą, a innymi miastami Peru, która jest zwana białym miastem.
Katedra
Całe centrum zbudowana jest z sillar, jest to skała z lawy po wybuchu wuklanów. A, bo zapomniałam napisać, że Arequipa jest otoczona wulkanami. Z miasta widoczne są 3, w tym jeden ciągle czynny - Misti. Nazw pozostałych niestety nie pamiętam. Miasto było wielokrotnie niszczone przez trzęsienia ziemi, ale za każdym razem dzielnie odbudowywane. Z tego powodu często można zobaczyć obok siebie różnice w stylach.Z wulkanem w tleNa dachu katedry z Jose i Diego
W mieście jest mnóstwo kościołów. W samym centrum chyba byłam w kilkunastu, każdy jest inny. Całe przedpołudnie chodziliśmy po głównym mieście. Po lunchu czekała mnie niespodzianka. A mianowicie aby się za bardzo nie męczyć, mieliśmy zarezerwowane miejsca w autobusie turystycznym, dzięki któremu w jedno popołudnie można odwiedzić wszystkie najważniejsze miejsca Arequipy.
A za nami Misti.Ogrody, rezydencje, a nawet fabrykę i hodowlę lamowatych zwierząt, z których później robione są sweterki.
Wróciłam wymęczona, ale po godzinnej drzemce byłam gotowa zobaczyć Arequipe nocą :). Wyszłam z Jose i jego kolegami. Paliliśmy shishe - tym razem nie na moją prośbę :P
Następnego dnia został mi do zwiedzenia jedynie klasztor Santa Catalina.
Jest to naprawdę ogromny XVI wieczny klasztor, zwany miastem w mieście. Nie uwierzycie, że w środku znowu spotkałam Polaków, tym razem dwóch. Mieliśmy jednego przewodnika.
Do klasztoru trafiała każda druga córka katolickich rodzin w wielu 12 lat. Pierwsza wychodziła za mąż, a każda następna zostawała w domu do końca życia. Przez pierwsze 4 lata nowicjuszki były separowane i nie mogły nic mówić. Uczyły się pisać i malowały obrazy na ścianach.
Po 4 latach trafiały do swoich mieszkań, razem mogły mieszkać tylko w przypadku jak były spokrewnione. Tak wyglądała ich kuchnia.
Klasztor jest piękny i robi wrażenie.A to pralnia
Na koniec wycieczki Polacy, o których wspomniałam, odwrócili się na pięcie nim pani przewodnik zdążyła się upomnieć o swoją zapłatę... ehh
Po zwiedzaniu klasztoru przyszedł czas no kupienie kilku pamiątek, a później lunch z Jose i jego kolegą. Miałam okazję posmakować piwa prosto z Arequipy - Arequipeńa :)
A później jeszcze Cusceńa - bo w Cusco jakoś nie wyszło.
Tego wieczora niestety już opuszczałam Arequipę, ale zrelaksowana i gotowa na dalsze zwiedzanie Peru... bo to jeszcze nie koniec :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz