czwartek, 19 sierpnia 2010

Cel 7: Chachapoyas i wodospad Gocta

Podróż nie należała do najprzyjemniejszych. Na miejsce zajechaliśmy jakoś o 5 rano. Odebraliśmy moją big walizkę, ludzie się rozeszli... i co dalej? Trzeba było znaleźć jakieś miejsce do spania. W kilku, od których zaczęliśmy nie było wolnych pokoi. I tak byłam w szoku, że ktoś nam otworzył. W końcu znalazł się hostel z wolnym miejscem i około 6 rano poszliśmy spać. Nie było czasu na długie spanie, przecież trzeba zwiedzać :). Ogarnęliśmy się przed 10 i pierwsze co, to poszliśmy do punktu informacji turystycznej, aby dowiedzieć się jak możemy się dostać do wodospadu i do Kuelap'u. Dostaliśmy mapkę i wskazówki. Mieliśmy dwie możliwości dotarcia do wodospadu - samochodem do miasta (1h), później combi do Cocachimba, skąd wyrusza się do wodospadu lub wysiąść w połowie drogi do pierwszego miasta i iść na skróty do Cocachimba. Co wybraliśmy? Pewnie, że na pieszo. Trochę inaczej wyobrażałam sobie skraj dżungi... przynajmniej, że będą tam drzewa... Na tej drodze niestety za dużo ich nie było. Piaskowa droga, oczywiście po górę, w pełnym słońcu. Na bank było ponad 40 stopni. Ale mieliśmy atrakcje po drodze, najpierw znaleźliśmy drzewo z pomarańczami, oczywiście zrobiliśmy sobie przerwę :). Później chcąc skrócić sobie drogę, zamiast iść ulicą poszliśmy przez pole (o nachyleniu chyba z 60 stopni), nie spodziewaliśmy się jednak, że jak już wejdziemy na samą górę to zobaczymy drut kolczasty... ale daliśmy rade :). Na koniec złapaliśmy mototaxi, podwożące jakaś dziewczynę. Przejechaliśmy się kawałek i okazało się, że silnik nie daje rady z 3 osobami pod górę i musieliśmy wysiąść. Ale jak już doszliśmy do Cocachimba okazało się, że wyrobiliśmy się w nieco ponad godzinę, a miało nam to zająć dwie. Tam krótki odpoczynek i dalej w drogę.
Do wodospadu było raz z górki, raz pod górkę. Szło z nami sporo ludzi. Później się okazało, że była to jakaś wspólnota kościelna i idąc śpiewali kościelne piosenki. Ja tam się cieszyłam, że mogę jeszcze oddychać. Droga zajęła jakieś dwie godziny i udało się! Doszliśmy do trzeciego z najwyższych wodospadów świata - Gocta. Z daleka nie robił wrażenia. Taki tam sobie wodospadzik. Ale jak się stało zaraz pod nim - to było coś! Jak szłam w tym skwarze to myślałam, że jak tylko tam dojdę to wskoczę do wody, ale zmieniłam zdanie jak poczułam to zimno wokół. Panował tam jakiś mikroklimat. Było zimno i wilgotno, na pewno nie miałam ochoty na kąpiel.A to kościelna ekipa

Droga powrotna nie była wcale lżejsza. Po drodze Chiri zerwal kawałek trzciny cukrowej do pożucia :).
Doszliśmy w raz z całą resztą do Cocachimba i pogadaliśmy czy możemy zabrać się z nimi... nie nazwałabym tego samochodem. Była to ciężarówka, a ludzie jechali na pace zbitej z dech. To było przeżycie:)
Dojechaliśmy z nimi do Pedro Ruiz, a stamtąd kombi do Chachapoyas.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz