Piura jest naprawdę blisko oceanu... a odkąd tu jestem nie byłam jeszcze na plaży! Namówiłam Majo i Felipe i w zeszłą niedzielę wybraliśmy się na najbliższą plażę - Colan. Jest ona jakąś godzinę drogi od Piury. Najpierw autobus, a później taxi. Jak tylko weszliśmy na plażę rzuciły mi się w oczy dwie rzeczy:

pierwsza - żywe złoto przy samym brzegu,


a druga - nie było tam innych ludzi, byliśmy kompletnie sami.

No tak, przecież tu jest zima! Byłam tak podniecona pasmami złota, że w ogóle mi to nie przeszkadzało. Przespacerowaliśmy się przy brzegu, a później znaleźliśmy miejsce - w sumie nie było to trudne :) - i rozłożyliśmy się z ręcznikami. Gdy tak leżeliśmy to faktycznie jak powiało to było trochę zimno - ale hello, żeby nikogo? W niedziele?
Felipe

W planach mieliśmy zjedzenie lunchu na plaży, więc jak już nie chciało nam się wylegiwać, musieliśmy się cofnąć spory kawałek, żeby znaleźć otwartą restaurację. Zamówiliśmy oczywiście podstawowe danie każdego Peruwiańczyka - ceviche.

Było one tym razem trochę bardziej urozmaicone, oprócz ryby i krewetek były jeszcze ośmiornice i małże!! Musze przyznać, że polubiłam ceviche - zajęło mi to trochę czasu. Ale nie pije jeszcze soku z limonki jak już wszystko się skończy :)
Kawałki ośmiornicy (pulpo)

Po kilku dniach skończyła się moje radocha, bo powiedzieli mi, że to wcale nie było złoto...
Ja i tak wiem swoje :P
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz