sobota, 3 lipca 2010

Piątek




Wczorajszy dzień w pracy również nie był porywający. Jutro wraca mój szef, więc mam nadzieję, że od przyszłego tygodnia będzie lepiej. Reszta załogi z angielskim średnio... powiedzmy, tak jak ja z hiszpańskim. Przez pierwsze dwa dni za to nie musiałam wracać po obiedzie. Tutaj obowiązuje siesta. Między 13 a 16 wszystko jest zamknięte. O 15.30 będę musiała wracać na uniwerek na 3 h. Wracając do tematu, po pracy wraz z 3 tubylcami udaliśmy się do... hm, nie nazwałabym tego restauracją, raczej barem, z dachem zrobionym z liści bambusa :). Chcieli mi pokazać tutejszy przysmak, którym wszyscy się zajadają, jako przystawka przed lunchem. No więc nazywa się cebiche. Jest to surowa ryba z krewetkami i warzywami, mocno skropiona sokiem z limonki, tak żeby mięso się scięło. Podawane z kukurydzą (mają tu milion odmian kukurydzy) i fasolką. Wszystko to pływa w soku, który pije się później łyżeczkami jak wszystko zniknie z talerza. Dla mnie to było dziwne :). Po południu pierwszy raz odważyłam się wyjść sama na ulicę... poszłam do supermarketu. Nikt mnie nie przejechał... uff
Wieczorem, pierwsza impreza. W sumie za bardzo nie wiedziałam gdzie idziemy. Na miejscu okazało się, że była to domówka Europejczyków. Głównie byli ludzie z Francji, 2 osoby z Niemiec, jedna Włoszka... Polaków nie było, prócz mnie, kilka osób z Piury. Ogólnie jak rozmawiałam z ludźmi, którzy siedzą tu już kilka lat, to nie słyszeli, żeby jakiś Polak tu do pracy przyjechał. Wszyscy oni przyjechali tu na kontrakty z firm ze swoich krajów, które zdobywają tu rynek. Zdziwiłam się, że piwo w puszkach ma tu o,33 pojemności :)

czwartek, 1 lipca 2010

Uniwersytet w Piurze










No to dziś był mój pierwszy dzień w pracy, bla bla, nie ma co za dużo o tym opowiadać. Myślę, że później będzie. Po południu poznałam dwie nowe "IAESTE volunteers" :), które pokazały mi troche swojej uczelni. Byłam w budynku inżynierii budowy, czy jakoś tak i w kilku innych. Najbardziej jednak zapamiętałam kościoły... Na uczelni znajdują się normalnie kaplice, nie wiem ile, ja widziałam 3. W kampusie uniwersyteckim, można spotkać trochę zwierzątek, zwłaszcza pawie i.... osiołka :)

środa, 30 czerwca 2010

Przyjazd do Piury








Ja to chyba nigdy się nie ogarne! Do ostatniego momentu Victor nie dawał mi biletu na autobus z Limy do Piury... aż do czasu jak jechaliśmy taksówką na stację... i co? Bilet został w Taxi!! buuu :/ Na szczęście w momencie jak mieliśmy wyrabiać duplikat, taksówkarz oddał bilet w okienku... ehh
Droga była trochę dłuższa niż przypuszczałam... 14 h, ale spoko poszło, prawie wszystko przespałam. Powiem tak, trafiłam świetnie. Mieszkam u rodzinki, którym niezłe się powodzi, młodsze pokolenie zna angielski, a starsze ma na celu nauczyć mnie hiszpańskiego :) oby się udało... bo za dużo sobie nie pogadam.
Mały spacer po Piurze i...... pierwsza przejażdżka mototaxi :D zazdrościcie co?
Jutro zaczynam praktyke :)

Lima dzień 2

















Drugi dzień był lepszy od pierwszego :). Zaczęliśmy od zwiedzania muzeum parlamentu... ale tortury to tam niezłe mieli. Później spacer chińską dzielnicą, chińsko-peruwiańskie jedzonko. Takie tam przechadzanie się po ulicach... mam nadzieję, że widać na zdęciach ten zgiełk, tłok i wszystko na raz co tam się dzieje... Najbardziej zadziwiła mnie jedna profesja... jest sobie buda, przed nią siedzi koleś i czeka na klientów... jak jakiś przyjdzie to zaczyna czyścić mu buty :P. Na koniec trafiliśmy przypadkowo na obchody święta przez jakąś wioskę. Ogólnie było to widowisko kolorowych strojów i tańców. Ponoć bardzo ciężko trafić na coś takiego, więc trochę mi się poszczęściło. Nagrywałam filmiki, ale są niestety za duże żeby je tu wrzucić. Wyglądało to świetnie. Na koniec jadłam deser. W życiu nie jadłam czegoś słodszego! Nawet ja nie dałam rady...

Lima dzień 1










Jeeee, w końcu dostęp do neta :). A tak w ogóle to dostęp mam nieograniczony, więc piszcie do mnie kiedy tylko macie ochotę!
To zacznę od mojej dłuuugiej podróży, która przebiegła na szczęście bez komplikacji. Czas leciał wolno, ale dało rade. W Limie czekało na mnie kilka osób z transparentem IAESTE, ku mojemu zdziwieniu jedna dziewczyna była blondynką... okazało się, że ze Szwajcarii :)
Zawieźli mnie na miejsce moje noclegu, czyli w domu peruwiańskiej babiczki :). Czułam się tam jakbym przeniosła się w lata siedemdziesiąte... ogólnie ekstra. Właścicielka bardzo miła i mimo, że nie znała angielskiego, a ja hiszpańskiego to jakoś dałyśmy rade. Następnego dnia lokalny komitet zabrał mnie na małe zwiedzanie. Widziałam jakieś kościoły, piłam lokalnego drinka z Pisco i Machu Picchu (kolorowy na zdj),
dotarliśmy do oceanu, a skończyliśmy w klubie, w którym grali koncert jazzowy.
Ludzie w Limie przeemili :)
Jedna z dziewczyn była 2 lata temu na praktyce w Łodzi, i była na Baywatchu w Gdańsku :), wiec sobie powspominała...
Druga z nich przyjechała z Hiszpanii na praktykę
A trzecia, tak jak wspomniałam ze Szwajcarii, ale nie na praktyce.
Jeśli chodzi o chłopaków to jeden z nich był na praktyce w Szwajcarii, drugi się dopiero wybiera.
Trzeci był w Hiszpanii, gdzie poznał troche polskiego, bo były tam 2 dziewczyny z Polski
A czwarty jest z Piury :)