Wczorajszy dzień w pracy również nie był porywający. Jutro wraca mój szef, więc mam nadzieję, że od przyszłego tygodnia będzie lepiej. Reszta załogi z angielskim średnio... powiedzmy, tak jak ja z hiszpańskim. Przez pierwsze dwa dni za to nie musiałam wracać po obiedzie. Tutaj obowiązuje siesta. Między 13 a 16 wszystko jest zamknięte. O 15.30 będę musiała wracać na uniwerek na 3 h. Wracając do tematu, po pracy wraz z 3 tubylcami udaliśmy się do... hm, nie nazwałabym tego restauracją, raczej barem, z dachem zrobionym z liści bambusa :). Chcieli mi pokazać tutejszy przysmak, którym wszyscy się zajadają, jako przystawka przed lunchem. No więc nazywa się cebiche. Jest to surowa ryba z krewetkami i warzywami, mocno skropiona sokiem z limonki, tak żeby mięso się scięło. Podawane z kukurydzą (mają tu milion odmian kukurydzy) i fasolką. Wszystko to pływa w soku, który pije się później łyżeczkami jak wszystko zniknie z talerza. Dla mnie to było dziwne :). Po południu pierwszy raz odważyłam się wyjść sama na ulicę... poszłam do supermarketu. Nikt mnie nie przejechał... uff
Wieczorem, pierwsza impreza. W sumie za bardzo nie wiedziałam gdzie idziemy. Na miejscu okazało się, że była to domówka Europejczyków. Głównie byli ludzie z Francji, 2 osoby z Niemiec, jedna Włoszka... Polaków nie było, prócz mnie, kilka osób z Piury. Ogólnie jak rozmawiałam z ludźmi, którzy siedzą tu już kilka lat, to nie słyszeli, żeby jakiś Polak tu do pracy przyjechał. Wszyscy oni przyjechali tu na kontrakty z firm ze swoich krajów, które zdobywają tu rynek. Zdziwiłam się, że piwo w puszkach ma tu o,33 pojemności :)