sobota, 14 sierpnia 2010

Na jeziorze Titicaca



Dopłynęliśmy na wyspę Amantani. Już przy brzegu czekały na nas rodziny tam mieszkające.

Zostaliśmy rozdzieleni na grupki po 3-4 osoby. Każda z grupek została przydzielona do innej rodziny która miała się nami zaopiekować: zapewnić miejsce do spania oraz posiłki. My z Naomi trafiłyśmy do pokoju razem z dwiema sympatycznymi Francuzkami. Po zostawieniu swoich rzeczy, zjedzeniu obiadu i krótkim ogarnięciu wyruszyliśmy na małe zwiedzanie wyspy. Załapaliśmy się akurat na wesele! Uwaga - panna młoda ma osiemnaście lat, to ta w niebieskiej sukience.
Później tylko wspięliśmy się na wzgórze, na którym była świątynia - niezbyt ciekawa.
Zastał nas tam zachód słońca.
Wróciliśmy na kolację, po której..... każda z nas dostała tradycyjny strój, który oczywiście musieliśmy włożyć :)
Był on przepustką na imprezę zorganizowaną specjalnie dla nas z tradycyjną muzyką i tańcami.
To było coś :P
Z koleżankami z pokoju :)A to z Agnieszką, Polką o której wspominałam w poprzednim poście.

Zabawa na szczęście nie trwała za długo. Szybko poszłyśmy spać. W nocy było bardzo zimno, a zapomniałam wspomnieć, że w Peru nie mają czegoś takiego jak ogrzewanie, nawet w miejscach gdzie jest naprawdę zimno. Nie wiem pod iloma kocami spałam, ale wiem, że były mega ciężkie i śmierdziały kurzem. Z myciem to tam raczej ciężko, stwierdziłyśmy, że zęby umyjemy na łódce, ale rano na szczęście znalazł się kawałek wody.
Przed 8 rano następnego dnia popłynęliśmy na kolejną wyspę o nazwie Taquile.
Fale były jak na morzu
Odbywał się tam akurat festiwal. Na głównym placu mieliśmy okazje zobaczyć tradycyjne tańce, w sumie niezbyt skomplikowane, polegały na dreptaniu w kółko. Od czasu do czasu można byłio zobaczyć jak popijają "coś mocniejszego", byłyśmy ciekawe co to :)
Po obejrzeniu tańców poszliśmy na smaczny lunch, po którym już tylko wsiedliśmy na łódkę i po 3 godzinach byliśmy z powrotem w Puno.
Opiszę jeszcze co przeżyłyśmy potem.
Wróciłyśmy do hostelu, w którym zostawiłyśmy swoje wielkie bagaże i przy kawie czekałyśmy jakieś 2 godziny. Pojechałyśmy trochę wcześniej na stacje. Powoli się żegnałyśmy, bo Naomi wracała do Cusco, bo miała stamtąd rano samolot do Limy, a później już do Europy, a ja ruszałam do mojego celu nr 4 czyli Arequipy.
Naomi miała autobus godzinę przede mną. Odprowadziłam ją więc do bramki... a tam, karteczka, że z powodu strajku wszystkie autobusy do Cusco odwołane! Masakra!
Ludzie stali nie wiedząc co ze sobą zrobić. Szybko sprawdziłam czy z moim autobusem jest wszystko ok, na szczęście było.
Naomi w raz z innymi turystami biegała i szukała wyjścia z sytuacji, bo przecież rano miała samolot. Innego wyjście niestety nie znaleźli niż wynajęcie taksówki. Koszt 400 S./ buuu
Dobrze, że w Arequipie nie strajkowali...
I tak rozstałam się z Naomi i zostałam sama, ale tylko na jakiś czas...

Cel 3: Puno i jezioro Titicaca

W niedzielny poranek wsiadłyśmy z Naomi do autobusu w kierunku Puno. Droga zajęła jakieś 7 godzin, więc bardzo krótko. Po południu wysiadłyśmy na stacji i od razu poczułyśmy różnice temperatur. Titicaca jest najwyżej położonym jeziorem świata, dokładnie na wysokości 3812 m n.p.m. Ma to swoje konsekwencje też w temperaturze jaka tam panuje. Pomyślałam o tym wcześniej i pożyczyłam kurtkę zimową. Plan na pierwszy dzień w Puno zrealizowałyśmy w 15 min. po przyjeździe. A mianowicie miałyśmy poszukać noclegu na pierwszą noc oraz wykupić wycieczkę po jeziorze na dzień następny. Na stacji jest wiele biur, których przedstawiciele próbują zgarnąć turystów. Szybko trafiłyśmy do hostelu. Poszłyśmy na spacer po mieście. Puno samo w sobie nie jest zachwycające. Ale ze względu na to co można zobaczyć na jeziorze, warte odwiedzenia.
Tego właśnie wieczoru stało się to, na co czekałam od przyjazdu do Peru... poszłyśmy do restauracji i zamówiłam ŚWINKĘ MORSKĄ! Po tutejszemu CUI.
Naomi zamówiła też niestandardowe danie - Alpaca (pamiętacie zdjęcia z lamami w Cusco? - to właśnie Alpaca'i). Niestety szczerze mówiąc się rozczarowałam. Cui w ogóle mi nie smakowała, a poza tym nie miała prawie wcale mięsa - sama skóra i małe kości. Wyszłam z restauracji tak samo głodna jak weszłam. No ale trzeba było spróbować.

Następnego ranka zaczęła się nasza wycieczka po Titicaca.
Do portu dojechałyśmy podstawionym autobusem, a później wsiadłyśmy na łódkę.
Tam poznałyśmy grupę z którymi spędziłyśmy następne dwa dni. Były to jakieś 22 osoby, większość w wieku dwudziestu kilku lat i jak się okazało zdecydowana większość to Francuzi.
Ale doczekałam się tu drugiej rzeczy - spotkałam Polkę! Fakt, że ma męża Francuza i od ładnych paru lat mieszka we Francji, ale mogłam z nią pogadać po polsku! - Fajne uczucie po dłuższej przerwie :). Mieliśmy przewodnika, który wszystko co mówił tłumaczył najpierw na angielski, a później na francuski.
Po pierwszej godzinie płynięcia dotarliśmy do wysp Floating Islands. Są to sztuczne wyspy zbudowane przez ludzi z trzcin, które rosną w pobliżu.
Na wyspie, na której zatrzymaliśmy się przez jakaś godzinę mieszka 5 rodzin. Nasz przewodnik wraz z mieszkańcem wyspy wytłumaczył nam w jaki sposób są one budowane.
Na spodzie układane są bloki z ziemi wraz z korzeniami, połączone linami, a na nie warstwami układane uschnięte trzciny. Jak się chodzi po takiej wyspie ma się trochę wrażenie, że się zapada, ale tylko trochę :)
Ci ludzie naprawdę tam mieszkają! Zajmują się głównie rybołówstwem i dbaniem, żeby wyspa się nie rozpłynęła. Kobiety gotowaniem i robótkami ręcznymi. Co 4 tygodnie musi być dokładana kolejna warstwa trzcin. Dzieci dopływają codziennie do szkół w Puno.
Odwiedziliśmy jeszcze jedną taką wyspę.

Po następnych dwóch godzinach dopłynęliśmy to naturalnej tym razem wyspy Amantani, na której mieliśmy nocować... ale o tym za chwilę :)

piątek, 13 sierpnia 2010

Śladami Inków c.d.

Następnego dnia po wyprawie na Machu Picchu ledwo wstałam z łóżka... ale nie ma co marudzić... trzeba zwiedzać dalej :). Rano mieliśmy powrotny pociąg prosto do Ollantaytambo, naszego pierwszego celu tego dnia. Jest to mała mieścina z ruinami w tle. Zostawiliśmy nasze bagaże w jakimś sklepiku za drobną opłatą i ruszyliśmy w górę (znowu:)
Przed wejściem

Krótki odpoczynek

Nasza cała ekipa: od lewej - Naomi, ja, Davy, Bianca, Arianna, Ivan
A to zdjęcie zrobione w trakcie jak przeganiał mnie pan strażnik, bo stanęłam na jakimś ważnym kamieniu :)
Zabraliśmy się stamtąd po jakiś dwóch godzinach. Złapaliśmy kombi i ruszyliśmy dalej do miasta o nazwie Pisac, a tam kolejne ruiny. W między czasie zrobiło się trochę chłodno...

Na takich tarasach Inkowie uprawiali rolę :) (słuchałam przewodnika:P

A tu widać, w sumie trochę słabo, cmentarz. Jak uda się wam zobaczyć małe dziurki w skałach to właśnie tam składali ciała.

I znowu grupowe zdjęcie
Po tym wróciliśmy do Cusco baardzo głodni, bo przez cały dzień nie było czasu żeby zatrzymać się gdzieś na obiad.
Poszliśmy do restauracji, którą wypróbowaliśmy wcześniej, z bardzo smacznym i tanim jedzonkiem. Niestety tego wieczoru był sporu ruch i na główne danie czekaliśmy prawie 2 godziny... ehh.
Jak wróciliśmy do hostelu było już dość późno, więc szybkie przebieranko i trzeba było pójść wypróbować tamtejsze kluby.
Najpierw reggae pub - na moją prośbę zamówiliśmy shishe :P, jak stamtąd wyszliśmy było po północy i ciężko było znaleźć miejsce w jakiejś dyskotece. No ale w końcu się udało. W dyskotece królowała oczywiście latynoska muzyka.
Do hostelu wróciłam przed 5, a dalej w drogę wyruszałam o 7... :)
I tu nasze drogi się rozdzielały. Arianna zdecydowała, że zostaje w Cusco, więc same z Naomi następnego dnia jechałyśmy do celu nr 3, czyli Puno, ale o tym później... :)