Dopłynęliśmy na wyspę Amantani. Już przy brzegu czekały na nas rodziny tam mieszkające.
Zostaliśmy rozdzieleni na grupki po 3-4 osoby. Każda z grupek została przydzielona do innej rodziny która miała się nami zaopiekować: zapewnić miejsce do spania oraz posiłki. My z Naomi trafiłyśmy do pokoju razem z dwiema sympatycznymi Francuzkami. Po zostawieniu swoich rzeczy, zjedzeniu obiadu i krótkim ogarnięciu wyruszyliśmy na małe zwiedzanie wyspy. Załapaliśmy się akurat na wesele! Uwaga - panna młoda ma osiemnaście lat, to ta w niebieskiej sukience.
Później tylko wspięliśmy się na wzgórze, na którym była świątynia - niezbyt ciekawa.
Zastał nas tam zachód słońca.
Wróciliśmy na kolację, po której..... każda z nas dostała tradycyjny strój, który oczywiście musieliśmy włożyć :)
Był on przepustką na imprezę zorganizowaną specjalnie dla nas z tradycyjną muzyką i tańcami.
To było coś :P
Z koleżankami z pokoju :)
Zabawa na szczęście nie trwała za długo. Szybko poszłyśmy spać. W nocy było bardzo zimno, a zapomniałam wspomnieć, że w Peru nie mają czegoś takiego jak ogrzewanie, nawet w miejscach gdzie jest naprawdę zimno. Nie wiem pod iloma kocami spałam, ale wiem, że były mega ciężkie i śmierdziały kurzem. Z myciem to tam raczej ciężko, stwierdziłyśmy, że zęby umyjemy na łódce, ale rano na szczęście znalazł się kawałek wody.
Przed 8 rano następnego dnia popłynęliśmy na kolejną wyspę o nazwie Taquile.
Fale były jak na morzu
Odbywał się tam akurat festiwal. Na głównym placu mieliśmy okazje zobaczyć tradycyjne tańce, w sumie niezbyt skomplikowane, polegały na dreptaniu w kółko. Od czasu do czasu można byłio zobaczyć jak popijają "coś mocniejszego", byłyśmy ciekawe co to :)
Po obejrzeniu tańców poszliśmy na smaczny lunch, po którym już tylko wsiedliśmy na łódkę i po 3 godzinach byliśmy z powrotem w Puno.
Opiszę jeszcze co przeżyłyśmy potem.
Wróciłyśmy do hostelu, w którym zostawiłyśmy swoje wielkie bagaże i przy kawie czekałyśmy jakieś 2 godziny. Pojechałyśmy trochę wcześniej na stacje. Powoli się żegnałyśmy, bo Naomi wracała do Cusco, bo miała stamtąd rano samolot do Limy, a później już do Europy, a ja ruszałam do mojego celu nr 4 czyli Arequipy.
Naomi miała autobus godzinę przede mną. Odprowadziłam ją więc do bramki... a tam, karteczka, że z powodu strajku wszystkie autobusy do Cusco odwołane! Masakra!
Ludzie stali nie wiedząc co ze sobą zrobić. Szybko sprawdziłam czy z moim autobusem jest wszystko ok, na szczęście było.
Naomi w raz z innymi turystami biegała i szukała wyjścia z sytuacji, bo przecież rano miała samolot. Innego wyjście niestety nie znaleźli niż wynajęcie taksówki. Koszt 400 S./ buuu
Dobrze, że w Arequipie nie strajkowali...
I tak rozstałam się z Naomi i zostałam sama, ale tylko na jakiś czas...
