Nie zawsze należy wierzyć informacji turystycznej. Pani powiedziała nam, że aby dostać się do Kuelap'u - ruin w pobliżu Chachapoyas trzeba pojechać jednym z samochodów odjeżdżających o 3.30. Posłuchaliśmy pani i zaledwie po 4 godzinach snu wstaliśmy o 3. Znaleźliśmy miejsce z którego odjeżdżają samochody, poczekaliśmy na komplet pasażerów i ruszyliśmy w drogę. Kuelap znajduje się jakieś dwie godziny od Chachapoyas, więc jest to dobra okazja do nadrobienia snu. Niestety nie było to takie proste... droga była strasznie kręta i wyboista. W samochodzie tak trzęsło, że nie udało mi się nawet zdrzemnąć. Dojechaliśmy na miejsce jakoś po piątej i co się okazało? Wszystko było jeszcze pozamykane, a samochody z turystami przyjeżdżają zazwyczaj w południe. Mogliśmy spokojnie przespać całą noc i dojechać tam o normalnej godzinie, a nie w środku nocy. Musieliśmy poczekać do 7.30. Na szczęście są ludzie, którzy wstają mega wcześnie i poczekaliśmy w jakiejś pseudo restauracji. Mogliśmy kupić tam śniadanie, jednak mieliśmy ze sobą tyle jedzenia, że poprosiliśmy tylko o herbatę. Awokado z bułką - pycha :)
Kuelap miał być otwarty o 7.30 niestety jak tam doszliśmy to było ciągle zamknięte. Znaleźliśmy miejsce gdzie świeciło słońce i tam poczekaliśmy - w cieniu było zimno.
Jakoś po 8 w końcu kupiliśmy bilety i mogliśmy wejść do środka.
Kuelap są to ruiny kultury Chachapoyas. Forteca ta została zbudowana około 1000 r n.e. Odkryta całkiem niedawno, w drugiej połowie XX wieku.
Forteca jest ogromna, a jest do niej tylko jedno wąskie wejście. Było to zabezpieczenie przed innymi ludami chcącymi podbić miasto.
Całe wnętrze fortecy wypełnione jest pozostałościami po okrągłych domkach.
Tak jak wspomniałam, byliśmy pierwszymi turystami tego dnia odwiedzającymi te ruiny, a że wstaliśmy o 3 byliśmy mega zmęczeni. Po krótkiej przechadzce po fortecy, znaleźliśmy się na jej skraju. Podziwiając widok na góry usiedliśmy na trawie a później... zasnęliśmy. Ile osób może powiedzieć, że spała w fortecy sprzed tysiąca lat? :)
Obudziło mnie słońce, bo w międzyczasie zaczęło nieźle przygrzewać. Postanowiliśmy, że czas wracać, bo o 19 tego samego dnia mieliśmy autobus powrotny do Chiclayo. Żeby nie było za nudno chcieliśmy wrócić inną drogą, z drugiej strony fortecy i zejść do miasta Tingo, a stamtąd złapać samochód do Chachapoyas. Do Tingo prowadziła górska ścieżka cały czas z górki przez dwie godziny. Stwierdziliśmy, że ok. Na początku było spoko. Po godzinie zaczęłam się zastanawiać, że gdzieś między górami w dole powinno być widać to miasteczko. Szliśmy, szliśmy i nic. Minęło półtorej godziny, dwie i dalej nic. Słońce parzyło niemiłosiernie, było akurat południe. Góry miały czerwony kolor, wyglądały jakby miało zaraz spłonąć. Gdzieś po dwóch i pół godzinie zobaczyliśmy na dole domy. Niestety dojście do nich zajęło nam jeszcze jakieś 40 min. Cała droga zajęła nam ponad 3 godziny. Na szczęście szybko złapaliśmy samochód i po godzinie byliśmy z powrotem w Chachapoyas. Zdążyliśmy się jeszcze zdrzemnąć przed wyjazdem. O 19 wsiedliśmy w autobus i jakoś przed 6 rano byliśmy w Chiclayo. Godzina przerwy i ostatni mój trzygodzinny przejazd autobusem do Piury. Na miejscu byliśmy koło 10. Czułam się nawet jakbym wracała do siebie, to chyba dobrze, nie?