piątek, 27 sierpnia 2010

Grill i festyn

Przedostatni weekend miałam dosyć spokojny. Tutejszy komitet do tej pory składał się, tak naprawdę z dwóch osób - Maribel i Victora, przynajmniej tyle poznałam. Postanowili jednak poszerzyć swoje grono i całkiem niedawno zorganizowali spotkanie, na którym starali się zainteresować IAESTE nowe osoby. I właśnie w sobotę był grill zapoznawczy z nowymi członkami. Jedzonko było bardzo smaczne i czas bardzo milo nam upłynał.
W niedziele natomiast wybrałam się z młodszą częścią mojej peruwiańskiej rodziny na festyn, zorganizowany w kampusie szkoły podstawowej i średniej dla chłopców. Poszła z nami również moja nowa współlokatorka, która jest Chinką (do tej pory miałam sama pokój). Nie potrafię powtórzyć jej chińskiego imienia, ale ciekawostką jest, ze Chińczycy przybierają tutaj nowe imiona i tak , jej hiszpańskim imieniem jest Gema. Przyjechała do Peru, aby uczyć na uniwerku chińskiego.

Festyn wyglądał jak każdy inny, coś tam grali i śpiewali. Naszym głównym zajęciem było stanie w kolejkach za jedzeniem.

Na zdjęciu: Majo, ja, Felipe, Gema, Armando
Najpierw jedliśmy anticuchos - szaszłyki zrobione z krowich serc (nie żartuje), całkiem smaczne
A później picarones coś w stylu pączków z miodem



poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Na złotej plaży - Colan

Piura jest naprawdę blisko oceanu... a odkąd tu jestem nie byłam jeszcze na plaży! Namówiłam Majo i Felipe i w zeszłą niedzielę wybraliśmy się na najbliższą plażę - Colan. Jest ona jakąś godzinę drogi od Piury. Najpierw autobus, a później taxi. Jak tylko weszliśmy na plażę rzuciły mi się w oczy dwie rzeczy: pierwsza - żywe złoto przy samym brzegu, a druga - nie było tam innych ludzi, byliśmy kompletnie sami. No tak, przecież tu jest zima! Byłam tak podniecona pasmami złota, że w ogóle mi to nie przeszkadzało. Przespacerowaliśmy się przy brzegu, a później znaleźliśmy miejsce - w sumie nie było to trudne :) - i rozłożyliśmy się z ręcznikami. Gdy tak leżeliśmy to faktycznie jak powiało to było trochę zimno - ale hello, żeby nikogo? W niedziele?
Felipe
W planach mieliśmy zjedzenie lunchu na plaży, więc jak już nie chciało nam się wylegiwać, musieliśmy się cofnąć spory kawałek, żeby znaleźć otwartą restaurację. Zamówiliśmy oczywiście podstawowe danie każdego Peruwiańczyka - ceviche. Było one tym razem trochę bardziej urozmaicone, oprócz ryby i krewetek były jeszcze ośmiornice i małże!! Musze przyznać, że polubiłam ceviche - zajęło mi to trochę czasu. Ale nie pije jeszcze soku z limonki jak już wszystko się skończy :)
Kawałki ośmiornicy (pulpo)
Po kilku dniach skończyła się moje radocha, bo powiedzieli mi, że to wcale nie było złoto...
Ja i tak wiem swoje :P