Ostatni weekend był o jeden dzień dłuższy. Poniedziałek był dniem wolnym, z powodu jakiegoś święta. Razem z Chiri i Felipe wybraliśmy się na chyba najsłynniejszą plażę Peru, Mancora.
Wyjechaliśmy w sobotę kolo południa. Droga zajęła nam jakieś 4 godziny. Pierwsze co to zamówiliśmy cebiche, później pokręciliśmy się trochę po stoiskach. Tak jak przy naszych plażach jest ich wiele. Można na nich jednak kupić bardziej zaskakujące rzeczy: kapelusze zrobione z łupin kokosów albo liści palmowych


najróżniejsze muszle, zwierzęta morskie


no i oczywiście mnóstwo kolczyków naszyjników i takich tam. Bardzo tanie są tutaj perły i to naturalne. Oczywiście nie jakiejś super jakości, ale zawsze.
Następnie trzeba było znaleźć jakiś nocleg, najlepiej tani. Zajęło nam to dość sporo czasu. Nie wiedzieliśmy za bardzo gdzie iść i jak się okazało wybraliśmy zły kierunek. No ale po dłuższej chwili zawróciliśmy się i znaleźliśmy pokój za 20 soli za noc.
Jak się ogarnęliśmy ze wszystkim poszliśmy na spacer. Postanowiłam, że czas spróbować dziwnych, dla mnie, owoców. Zaczęłam od picia wody z kokosa.

którego później trzeba było rozłupać

i zjeść :)

Później kupiłam pepino,

a następnego dnia papaya'e.

Niestety nie miałam szczęścia, bo kupiłam jakieś o dziwnym smaku, które nie były najlepsze :/
Wieczorem po spacerze wzdłuż morza wypiliśmy z Chiri piwo przy ognisku i potańczyliśmy.