środa, 1 września 2010

Tumbes, Manglares i krokodyle

W poniedziałek wstaliśmy o 5.30 żeby zdążyć na autobus na samą północ Peru, Tumbes. Byliśmy tam przed 8. Dojechaliśmy do małego portu rybackiego i tam wsiedliśmy na łódkę. Pływaliśmy po Manglares. Jest to teren przybrzeżny otoczony bujną roślinnością. Mieliśmy szczęście, że trafiliśmy na przypływ. Nie można mieć wszystkiego i niestety nie było słońca... ale i tak było ciepło.
Pierwszym naszym przystankiem była hodowla krokodyli :). Można tam zobaczyć krokodyle w każdym stadium rozwojowym, począwszy od dwumiesięcznych maleństw po trzydziestoletnie dorosłe osobniki. Karmione są kurczakami i rybami, więc chyba mają całkiem dobrze.
Później znowu wsiedliśmy na łódkę... musieliśmy się dosyć spieszyć, nie chcieliśmy zostać pożarci przez komary.
Dopłynęliśmy do miejsca zamieszkałego przez niezliczoną liczbę ptaków. Ptaki te mają coś czerwonego pod dziobem i jak nabiorą powietrza wygląda to jak wielki balon, rewelacja. Dobrze, że łódka miała daszek, było ich naprawdę mnóstwo, więc prawdopodobieństwo dostania w głowę całkiem spore.Te ptaki nazywają się frigatebirds. Nie wiem czy mają polską nazwę, w każdym razie nie mogłam jej znaleźć. A z bliska wyglądają tak:
Później dopłynęliśmy na plażę na wyspie, chwile się po niej pokręciliśmy...
i w końcu dopłynęliśmy do wyspy gdzie mogliśmy coś zjeść. Oczywiście zamówiliśmy cebiche. Od tej pory wiem, że nie przepadam za czarnymi małżami, ale cała reszta już mi całkiem smakuje i nawet nie przeraża mnie, że wszystko: ryby, krewetki, ośmiornice i wszystkie owoce morza jakie można wymienić są surowe.

Był to ostatni nasz cel, więc jak dopłynęliśmy do brzegu, wróciliśmy do Tumbes znaleźliśmy transport do Piury. Droga zajęła jakieś 4 godziny.

wtorek, 31 sierpnia 2010

Mancora

Ostatni weekend był o jeden dzień dłuższy. Poniedziałek był dniem wolnym, z powodu jakiegoś święta. Razem z Chiri i Felipe wybraliśmy się na chyba najsłynniejszą plażę Peru, Mancora.
Wyjechaliśmy w sobotę kolo południa. Droga zajęła nam jakieś 4 godziny. Pierwsze co to zamówiliśmy cebiche, później pokręciliśmy się trochę po stoiskach. Tak jak przy naszych plażach jest ich wiele. Można na nich jednak kupić bardziej zaskakujące rzeczy: kapelusze zrobione z łupin kokosów albo liści palmowych
najróżniejsze muszle, zwierzęta morskie
no i oczywiście mnóstwo kolczyków naszyjników i takich tam. Bardzo tanie są tutaj perły i to naturalne. Oczywiście nie jakiejś super jakości, ale zawsze.

Następnie trzeba było znaleźć jakiś nocleg, najlepiej tani. Zajęło nam to dość sporo czasu. Nie wiedzieliśmy za bardzo gdzie iść i jak się okazało wybraliśmy zły kierunek. No ale po dłuższej chwili zawróciliśmy się i znaleźliśmy pokój za 20 soli za noc.

Jak się ogarnęliśmy ze wszystkim poszliśmy na spacer. Postanowiłam, że czas spróbować dziwnych, dla mnie, owoców. Zaczęłam od picia wody z kokosa.
którego później trzeba było rozłupać

i zjeść :)
Później kupiłam pepino,
a następnego dnia papaya'e.
Niestety nie miałam szczęścia, bo kupiłam jakieś o dziwnym smaku, które nie były najlepsze :/

Wieczorem po spacerze wzdłuż morza wypiliśmy z Chiri piwo przy ognisku i potańczyliśmy.

Niedziela upłynęła mi jak tradycyjny dzień każdego plażowicza. Rano spacer, lunch - cebiche, plaża, spacer, kolacja, pub.

Pelikany
Następnego dnia z samego rana jechaliśmy do Tumbes, ale o tym później :)